niedziela, 20 listopada 2011
niedziela, 6 listopada 2011
środa, 28 września 2011
ecru
Strasznie podoba mi się wyjaśnienie słowa ecru w słowniku wyrazów obcych.
écru [wym. ekrü] kolor naturalny płótna nie bielonego: szarawo-żółty, bledszy i bardziej zielonkawy niż chamois a. kość słoniowa.
Etym. - fr. 'nie bielony; surowy (jedwab)'; zob. eks-; cru 'surowy' z łac. crudus 'surowy; dziki; niedojrzały'.
Czytając go po raz pierwszy widziałam to prawdziwe płótno na balach, gdzieś tam z zamierzchłej przeszłości. Kartka tez mi się z nią kojarzy. Dlatego wybrałam lekką sukienkową prawie formę, delikatne falbanki i koronki właśnie w takim kolorze jaki jest w opisie. Pieczątka pochodzi z Vivy decor. Bardzo zauroczył mnie ten motyw camey w oprawie.
Wstążka kupiona w scrap.com.pl dobrze mi tutaj pasuje. Mimo że kupiłam je kilka miesięcy temu, teraz dopiero zaczynam dostrzegać ich potencjał. Jakoś zaczynam przekonywać się do nich.
| I jak zwykle wpatrzona w obiektyw kota. Trochę mi tu niewyraźnie wygląda, ale światło w przedpokoju nie pozwala na dobre fotografowanie. Tu jak widać z pretensja w oczach pyta "dlaczego mi nie pozwalasz"... ech te koty. Niby nasze, a ja ciągle mam nieodparte wrażenie że jest dokładnie odwrotnie. To my jesteśmy ich. |
Słowa na dzisiaj:
Najsilniejszym wojownikiem jest ten, kto pokonał sam siebie.
Konfucjusz
wtorek, 27 września 2011
kartka na wyzwanie
Kartka zrobiona wg mapki i na wyzwanie cardabilities. Kolekcję Amber podziwiać będę zawsze. Mam jeszcze kilka papierów z niej i na pewno będa one wracać w moich pracach. I choć sklep ILS przestał działać, to mam nadzieję że papiery te pojawia sie w innych sklepach. A jak na razie rządzi turkus :) A ja wróciłam do kartkowania ech :)
Jakoś mi się niebiesko w życiu zrobiło i lekko, i widać to też tutaj.
A tak wygląda mapka:
Jak widzicie potraktowałam ja dosyć dosłownie, ale co tam :)
A ja jak na razie leżę w łóżku i przeklinam własne zatoki, które strajkują od piątku. Masakra. Pozdrowienia :)
sobota, 24 września 2011
Zamek Czocha
Wiele ciekawych miejsc jest w rejonie w którym mieszkam. Burzliwa historia Dolnego Śląska zaowocowała mieszanką kultur i narodowości o która trudno w innych regionach. Ostatnio, razem z przyjaciółmi postanowiliśmy pozwiedzać, przy okazji spotkań, ciekawe dla nas miejsca. Tak było i z ta wyprawą. Zamek Czocha został wybudowany w latach 1241-1247 jako warownia. Ale mnie interesowały raczej najnowsze dzieje zamku... Wikipedia pisze o nim tak:
"Zakupiony w 1909 roku przez drezdeńskiego producenta wyrobów tytoniowych (cygar) Ernsta Gütschowa za 1,5 mln marek, do 1912 został przebudowany przez znanego architekta berlińskiego Bodo Ebhardta zgodnie z wyglądem zachowanym na rycinie z 1703 roku. Podczas przebudowy zniszczono jednak wiele najstarszych fragmentów kompleksu. W dawnej fosie urządzono zwierzyniec. Gütschow utrzymywał dobre stosunki z dworem carskim, a po rewolucji z rosyjskimi emigrantami, od których skupował różne przedmioty o wysokiej wartości artystycznej. W zamku mieszkał do marca 1945 roku. Opuszczając zamek wywiózł najcenniejszą część wyposażenia. W latach II wojny w zamku mieściła się szkoła szyfrantów Abwehry. Prawdopodobnie przechowywano tu urządzenie do dekryptażu depesz radzieckich (operacja o kryptonimie Ryba-Miecz)"
Zamek właściwie nie ruszany od czasów wojny, na zewnątrz raczej nie był nigdy nie remontowany. I to dobrze dla niego, bo zauważyć możemy wszystkie te elementy budynku które mogłyby zostać zniszczone w trakcie renowacji. Powiem szczerze, że zawsze kiedy tam jestem wzbudza on we mnie zachwyt. I zawsze mnie zaskakuje kiedy spoglądam na niego po raz pierwszy.
Bardzo zaciekawiło mnie mieszkanie starego rybaka. Jest właściwie w stanie nienaruszonym i pokazuje jak żyli na tych ziemiach nasi poprzednicy.
Etykiety:
Dolny Śląsk,
takie tam,
wakacje,
zamki i pałace
niedziela, 18 września 2011
Świeto bolesławieckiej ceramiki.
To, co się liczy dla nas, nie musi się liczyć dla innych, nawet jeżeli jesteśmy sobie bliscy. Inni niekoniecznie kochają to, co my, czy nienawidzą to, co my. Nasza prawda bywa dla nich kłamstwem.
Jonathan Carroll
Powoli wracam z blogowego odwyku. Dawno mnie tu nie było, ale to nie oznacza że moje życie stanęło w miejscu i zastygło w oczekiwaniu. Ten czas był intensywny, i bardzo wiele nauczył mnie, o mnie samej.
Dzisiaj zdjęcia z wydarzenia które miało miejsce kilka tygodni temu, a dokładniej w przedostatni sierpniowy weekend. Jak co roku na Bolesławieckim rynku wystawili się mistrzowie polskiej ceramiki. Jak co roku najwięcej było ich z Bolesławca i okolic. A kobaltowy wzór pojawiał się w wielu miejscach. Na szczęście coraz więcej artystów plastyków także próbuje wystawiać swoje prace. I to one najbardziej zachwyciły mnie różnorodnością...
Jak można było zauważyć Polska Aniołami stoi. Chyba naprawdę tak wiele nam ich potrzeba.
Sowa była boska :)
Na giełdzie staroci można było znaleźć stare, robione jeszcze przez niemieckich poprzedników egzemplarze Bolesławieckiej porcelany.
Pozdrawiam i wracam na dobre, również do kolczykowania i skrapowania.
Etykiety:
Dolny Śląsk,
region,
takie tam,
wakacje
środa, 3 sierpnia 2011
sos serowy
Dzisiaj będzie kulinarnie, bo inne działania jakoś nie chodzą mi teraz po głowie. Pierwszy raz ten sos jadłam u moich przyjaciół, i jakoś w czasie godzinnych rozmów nie przyszło mi do głowy zapytanie o przepis. Odwiedzając większe delikatesy, i kochając sery, zawsze popełniam błąd podstawowy i kupuję za dużo. Dużo za dużo... Choć z drugiej strony, patrząc na to, bez wyrzutów mogę potem wpadać kulinarna błogość i rozkoszować się kwintesencja serowego smaku.
Przepis jest prosty, Do 1 łyżki masła dodajemy pół szklanki słodkiej śmietany (w wersji bardziej light używam oliwy z oliwek i mleka). Całość musi się zagotować i wtedy dodaję wszystkie serowe resztki jakie mam lodówce. W mojej zdarzają się najczęściej sery twarde takie jak ementaler, cheddar, gouda, oraz sery pleśniowe. Większe kawałki kroję w plastry lub ścieram na tarce i dodaje do śmietanki, cały czas lekko podgrzewając. Kiedy wszystko zaczyna się ładnie łączyć i roztapiać dodaje sporo świeżo startej gałki muszkatołowej, zgnieciony pieprz czerwony i sól jeżeli jest potrzebna. Gotuje to wszystko jeszcze przez chwilę ciągle mieszając i rozcierając co bardziej oporne kawałki.
Sos jest na tyle dobry i sycący że może być podawany z kalafiorem, brokułami brukselką czy fasolka szparagową jako danie główne. Oczywiście Połówek jednak woli konkrety i makaron, który również świetnie się komponuje.
Do tego dania bardzo pasuje mi sałatka ze słodkich, malutkich pomidorków koktajlowych i dużej ilości zielonej pietruszki, przyprawiona jedynie czerwonym pieprzem.
Nie mogłam się oprzeć, kocham takie widoki...
A to zdjęcie dla przyjaciół. Mój liść laurowy ma się świetnie, czasem gubi niechcący liście ;) ale wtedy zapachy w kuchni są nieziemskie...
wtorek, 2 sierpnia 2011
202 czyli post wakacyjny
Pokręcone to lato bardzo w tym roku.... kiedy wyjeżdżaliśmy, prawie przez cała drogę termometr samochodowy wskazywał 14 stopni. Na szczęście więcej było tych dni słonecznych niż pochmurnych, a deszczu prawie wcale :)
Mikołajek nadmorski z motylem którego nie znam... Jest to gatunek objęty ścisłą ochroną. Z roku na rok coraz więcej widać go na piaszczystych wydmach...
Pamiętacie sprzedawane na wagę we wczesnych latach 90 anyżki... Dawno w żadnej piekarni wrocławskiej ich nie widziałam... a tu niespodzianka. Przypomniał mi się kolejny smak dzieciństwa.
Do domu przywiozłam cała masę płaskich cieniutkich kamyczków dźwięczących w kieszeni jak monety... Właściwie w trakcie prania zrobiła się ich cała kolekcja na pralce :)
Oczywiście przez cały czas prowadziłam swój skrapowy dziennik, pokaże go kiedy zostanie uzupełniony zdjęciami a zza chmur wyjrzy słońce.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
